Swego czasu na łamach niniejszej strony pojawił się problem związany z teologią Świętej Rodziny; nie miejsce tu aby udowadniać słuszność tej pięknej łacińskiej tradycji, do przyjęcia której prawosławni mają zresztą niebywale mocne podstawy, by wspomnieć choćby ich szczególny kult maryjny, czy też rozwiniętą duchowość małżeństwa. Jak wielokrotnie podkreślał o. Georges Florovsky, ekumenia zaczyna się nie od przeciągania szali na jedną, czy drugą stronę, ale od poznania i zrozumienia. W ten sposób zachowa się całe bogactwo chrześcijaństwa. Można tylko żywić nadzieję, że obustronna komunia Kościołów, będących w istocie, w swoim mistycznym planie, od wieków jednym Kościołem, dokona się właśnie dzięki takiej otwartości na jednoczące działanie Ducha. Na tej linii rozumowania pragnę przeprowadzić syntezę refleksji Ojców Kościoła, zwłaszcza zaś św. Augustyna, wokół Świętej Rodziny, a ponadto – obronienia jej, jako ortodoksyjnej nauki, przed nowożytnymi wyznaniami chrześcijańskimi, które stanowczo odrzucają niektóre z podstawowych tez jej dotyczących.
1. Małżeństwo Maryi i Józefa.
Wedle ortodoksyjnej nauki chrześcijańskiej Święta Rodzina stanowi rei familiaris societas, a więc rodzinną wspólnotę, ustanowioną na mocy communione personarum, zjednoczenia osób. Na wstępie należy jasno określić, co kryje się za tym stwierdzeniem, i na czym właściwie jest ono ukonstytuowane. Otóż, „komunia małżeńska stanowi fundament, na którym powstaje szersza komunia rodziny, rodziców i dzieci, braci i sióstr pomiędzy sobą, domowników i innych krewnych. Komunia ta zakorzenia się w naturalnych więzach ciała i krwi, rozwija się i doskonali w sposób prawdziwie ludzki poprzez zawiązywanie i rozwijanie głębszych jeszcze i bogatszych więzów ducha. Miłość ożywiająca stosunki międzyosobowe poszczególnych członków rodziny, stanowi siłę wewnętrzną, która kształtuje i wzmacnia komunię i wspólnotę rodzinną” (Jan Paweł II). Samą podstawą mówienia o Świętej Rodzinie jest zatem związek rodziców Jezusa.
Już od czasów starożytnych podnoszono kwestię realności małżeństwa Józefa i Maryi, próbując w ten sposób, już na tak podstawowym planie, rozbić integralność Świętej Rodziny. Na przełomie IV-V wieków w świecie chrześcijańskim pojawiła się herezja pelagiańska, głosząca „siłę i jakość ludzkiej natury” potrafiącą, na mocy samego faktu bycia owocem stwórczego aktu Boga, przezwyciężyć grzech. Uczniowie tej szkoły wystąpili ze zdecydowanym sprzeciwem traktowania dziejów Józefa i Maryi w kategorii małżeństwa, uzasadniając swoje stanowisko tym, iż nie stali się oni nigdy „jednym ciałem” [Mt 19, 5]. Ergo – nie można mówić o małżeństwie, kiedy oboje zachowali stan „bezżenności”. Dyskusję na ten temat podjął wówczas największy Ojciec Kościoła zachodniego, św. Augustyn.
Aby rozpocząć jakiekolwiek budujące rozważania na temat małżeństwa Józefa i Maryi, które nie tylko było pełnoprawnym małżeństwem, ale również – wedle nauki św. Augustyna – najdoskonalszym jego przykładem, należy uświadomić sobie nowość orędzia Jezusa Chrystusa na tle wcześniejszej świadomości ludu wybranego. Wróćmy do kolebki. Starotestamentowi Żydzi, nie wierzyli w jednostkowe trwanie życia po śmierci. Istniał czas zasiewu i czas umierania, czas obfitości i czas więdnięcia, czas życia i czas jego końca. W całym tym korowodzie dni i godzin ziemskiego trudu, płaczu mieszanego z napojem, wędrówki wiodącej nie gdzie indziej, jak do szeolu, ocalenie szło jedynie poprzez związek małżeński, a ściślej – przez dołączone do niego błogosławieństwo płodności. Dawało ono nowe narodziny, nową młodość, przejaw potęgi życia. „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną” [Rdz 1, 28], takie polecenie pierwsza para ludzka otrzymała od Stwórcy jeszcze w raju. Otóż, pewnej formy życia wiecznego Żydzi upatrywali właśnie w potomstwie, które naturalnie stanowiło przedłużenie życia rodu, pociechę starości, która chyląc się ku śmierci, mogła zachować swoją krew w młodych synach i córkach; te zaś musiały wyjść za mąż w celu zapewnienia historycznym ojcom kolejnych dziedziców świętej ziemi. „Dzieci tego świata żenią się i za mąż wychodzą” [Łk 20, 34], ponieważ „ten świat” podlega śmierci. W Psalmie czytamy: „małżonka twoja jak płodny szczep winny we wnętrzu twojego domu. Synowie twoi jak sadzonki oliwki dokoła twojego stołu. Oto takie błogosławieństwo dla męża, który boi się Pana” [Ps 128, 3-10].
Zresztą już u progu dziejów zbawienia, Bóg dał Abrahamowi obietnicę owego przebłysku nieśmiertelności: „Będę ci błogosławił obficie i rozmnożę tak licznie potomstwo twoje jako gwiazdy na niebie i jak piasek na brzegu morza a potomkowie twoi zdobędą grody nieprzyjaciół swoich. I w potomstwie twoim błogosławione będą wszystkie narody ziemi, za to, że usłuchałeś głosu mego” [1 Mojż 22, 17-18]. Bezpłodność, podobnie jak nagła utrata licznych synów i córek w katastrofie czy napaści [Hi 1, 18], traktowana była jako przekleństwo, wieczna śmierć. Wybawieniem byli kolejni potomkowie [Hi 41, 16]. W tej perspektywie możemy na nowo uświadomić sobie tragedię Sary, żony Abrahama, ale i wielką nagrodę od Stwórcy, który uczynił cud i dał im obojgu syna wbrew wszelkim prawidłom natury. W Biblii znajdujemy jednak również opisy klęski. Oddana na ofiarę córka Jeftesa, żali się: „pozwól mi opłakać moje dziewictwo. Poszła więc ona i towarzyszki jej i na górach opłakiwała swoje dziewictwo. Minęły dwa miesiące i wróciła do swego ojca, który wypełnił na niej swój ślub i tak nie poznała pożycia z mężem” [Sdz 11, 38-39]. Jak widać, małżeństwo jako prokreacja miało dla ludu wybranego rolę o niebywałej wprost doniosłości. Tak wysokie rangą były, na poziomie ludzkim, już tylko więzy krwi, jakie łączyły żydowskie rodziny.
Jezus przybył z czymś zupełnie nowym. Ogłosił życie wieczne, a dalej: zmartwychwstanie ciał, jednak na tym nie wyczerpuje się treść Jego zwycięstwa nad śmiercią. Nie tylko ustąpił dzięki Niemu czas starych Praw, et antiquum documentum novo cedat ritui, jak pisał św. Tomasz z Akwinu. Przede wszystkim, Zbawiciel roztoczył nad ludźmi nowe przykazanie miłości: „to jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem” [J 15, 12], a co za tym idzie – również w małżeństwie ważniejsza od troski o spłodzenie potomstwa stała się sama miłość, czego ukoronowaniem stało się Pawłowe: „mężowie miłujcie żony, bo i Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie” [Ef 5, 25]. Miłość ta zasadzała się zaś już nie na naturalnych więzach krwi i ciała, ale na bliskości duchowej. Oczywiście, także Stary Testament zna opisy oblubieńczej małżeńskiej agape, by wspomnieć Księgę Tobiasza, jednak doskonały obraz prawdy o mutua caritas(wzajemnej miłości) stanowią fragmenty Ewangelii wg Mateusza ukazujące związek Józefa i Maryi.
„Matka Jego, Maryja, była już poślubiona Józefowi” [Mt 1, 18]. Niezwykłą wprost treść niesie w całym tym kontekście połączenie ich – wyraźnie zaakcentowanej – czystości cielesnej z komunią serc. Oczywiście, ortodoksyjne chrześcijaństwo wierzy, iż małżeństwo wyznawców Chrystusa jest sakramentem, a więc słowa: „będą oboje jednym ciałem, a tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało” [Mt 19, 5-6] stanowią ziemski obraz wzajemności duchowej, która najpełniej urzeczywistni się w Królestwie Bożym. Inna wypowiedź Jezusa, nakierowująca tym razem na przyszłość eschatologiczną, a więc: „przy zmartwychwstaniu bowiem nie będą się ani żenić, ani za mąż wychodzić, lecz będą jak aniołowie Boży w niebie” [Mt 22, 30], wskazuje, iż kobieta i mężczyzna żyć będą w niebie w stanie owej doskonałej miłości duchowej, do której przestanie już być potrzebne małżeństwo, stanowiące – jeśli spojrzymy personalistycznie – doczesny sposób osiągania tej miłości, a więc ziemską drogę do tak świętego celu. „Pierwotny i podstawowy sens bycia ciałem, a także bycia co do ciała mężczyzną i kobietą – właśnie ów sens oblubieńczy – związany jest z tym, że człowiek zostaje stworzony jako osoba i powołany do życia in communione personarum. Małżeństwo i prokreacja sama w sobie nie stanowi bez reszty o tym pierwotnym i podstawowym sensie bycia ciałem, ani też bycia co do ciała mężczyzną i kobietą. Stanowi tylko o konkretyzacji tego sensu w wymiarach historii” (Jan Paweł II).
Katolicyzm i prawosławie wierzy jednak, iż małżeństwo Józefa i Maryi, choć wolne od tego zjednoczenia cielesnego, na mocy szczególnej łaski Bożej, żyło już tu, na ziemi, ową duchową miłością. Święty Augustyn różnie ją określa, a więc to sincer amor(szczera miłość), to zaś vis amicitiate (siła przyjaźni) czy connexio cordium(więź serc). Święci Rodzice stanowili małżeństwo co do ducha. Tak też Józef był duchowym ojcem Jezusa, a Maryja Jego duchową matką, o czym napiszę z innej okazji. Taka interpretacja ma jak najbardziej biblijne podstawy, i właściwie już one same otwierają katolikom i prawosławnym możliwość mówienia o Świętej Rodzinie. Jezus Chrystus powiedział: „Któż jest moją matką i którzy są braćmi? I spoglądając na siedzących dokoła Niego, rzekł: Oto moja matka i moi bracia” [Mk 3, 33]. Za tymi słowami, skądinąd rewolucyjnymi względem praw Starego Testamentu, o których wyżej wspomnieliśmy, kryje się przesłanie o więzach duchowych silniejszych i – można powiedzieć – jeszcze bardziej realnych od więzów co do krwi i ciała. Duch jest mocniejszy niż naturalne pokrewieństwo, a miłość łączy miłujących w jedną Bożą rodzinę. Tak właśnie Józef i Maryja stanowili małżeństwo co do ducha, i stali się duchowymi rodzicami. Razem tworzą Świętą Rodzinę wedle praw duchowych, takich, jakimi w pełni ustanowione jest „życie aniołów Bożych w niebie”.
Wracając do kontemplacji litery Pisma, zauważmy, iż Ewangelia, jak zwykle zwięzła, ale i pełna znaczeń, daje lapidarny opis miłości Józefa do Maryi. Czytamy: „Józef, jej mąż, ponieważ był sprawiedliwy i chciał jej oszczędzić niesławy, postanowił skrycie ją oddalić” [Mt 1, 19]. Dalej zaś następuje sytuacja: „Gdy już to obmyślił, anioł Pana ukazał mu się we śnie i powiedział: Józefie, synu Dawida, nie bój się przyjąć Maryi, twojej żony, bo Poczęte w niej jest z Ducha Świętego” [Mt 1, 20]. Widać, Bóg nie rozdziela, lecz łączy. Bóg jest Miłością [1 J 4, 8], a „gdzie miłość jedna i święta, tam jest Bóg” (św. Paulin z Akwilei). Jak pisał św Grzegorz z Nyssy, „małżeństwo nie usuwa Boga, lecz zbliża nas do Niego, bowiem to sam Bóg do niego nas przywołuje”; ponadto Zbawiciel zdecydował, aby Jego Wcielenie dokonało się nie inaczej, jak właśnie w rzeczywistości rodziny. Co jest jeszcze ważne w usankcjonowaniu obrazu Świętej Rodziny: już nie człowiek („była już poślubiona Józefowi” [Mt 1, 18]), ale sam anioł oznajmił, iż Maryja jest małżonką Józefa, mówiąc: „nie bój się przyjąć Maryi, twojej żony” [Mt 1, 20], ma to więc szczególne podstawy nadane przez autorytet Nieba.
Celowo pomijam w tej krótkiej apologii argumenty natury prawnej, które – wedle obyczaju żydowskiego – nakazywałyby Józefowi pojęcie innej kobiety za żonę w sytuacji, gdy po zaślubinach Maryja niespodziewanie stała się brzemienna. Interesują mnie szczególnie racje teologiczne. Św. Augustyn nigdy nie kojarzył współżycia cielesnego jako podstawy małżeńskiej; była nią raczej rodząca się miłość, także, a raczej: przede wszystkim, w wieku starczym, a następnie – obiecanym życiu wiecznym. Św. Jan Chryzostom pisał: „Albowiem życie obecne jest niczym, a moim najgorętszym pragnieniem jest przeżyć je z tobą w taki sposób, abyśmy mieli pewność, że nie będziemy rozdzieleni i w tym życiu, które jest dla nas przygotowane”. W ogóle, w pojęciu starożytnych Ojców Kościoła, traktowanych jako pewna „myślowa całość”, samą zasadą małżeństwa powinna być wzajemna pomoc w osiągnięciu duchowej wspaniałości i uczestnictwa w Królestwie Bożym, przy tym zaś – miłość, która „nigdy się nie kończy” [1 Kor 13, 13]. Historia Józefa i Maryi w pełni odpowiada podstawom tej wiary; mało tego – osiąga swoją pełnię i właściwy wymiar.




